poniedziałek, 22 lipca 2013

LA GRANDE OURSE

Trzy tatuaże już posiadam, a nie dwa. Ten trzeci zrobiłam tuż przed Wielkanocą i kumple się śmieją, że chochla.
Nie chochla, do chuja.
Wielki Wóz.
Co ma znaczenie dla mnie duże i nie obchodzi mnie, że nie jest reprezentacyjny jakoś specjalnie. Zawsze widziałam ten Wóz w najgorszych chwilach swojego życia, zawsze tam był, na niebie, gwiazdki się uśmiechały i zapewniały, że jeszcze będzie zajebiście i wszystko się ułoży. A więc to przypominacz. Mój przenośny Wielki Wóz - teraz nie muszę czekać na bezchmurne niebo, by mi mówił, że wszystko jest ok.
To tak w wielkim skrócie.
Tyle tylko, że mi się trochę tusz rozlał - brak profesjonalizmu w salonie albo za dużo wódki. Stawiam, że oba. Ale więcej Seba już nie zdradzę za zniżki do salonu.
PS. Kolejna nieudolna próba wstawienia czegoś. Jeszcze nagmerali przy rozmiarach zdjęć na blogspocie i trzeba wszystko ręcznie, bleeeee.
PPS. Czaicie, jakie życie jest zajebiste?

czwartek, 6 czerwca 2013

HI AGAIN

Jestem tak bardzo beznadziejna w blogaskowaniu.
No, ale jest sesja, przydałoby się spiąć dupę i PRZESTAĆ SIĘ OPIERDALAĆ, więc to znakomita okazja, aby zacząć wrzucać fotki gdzieś w przestrzeń publiczną.
Tak czy siak, zauważyłam, przeglądając zdjęcia, że mam ich OD CHOLERY i nie mam zupełnie co z nimi zrobić. Rozsądek mówi, że nie mogą się zmarnować, kurząc się w folderach na kompie, do których ja się dokopuję raz na ruski rok.
Przepraszam za telepiącą się mnie. Mnie samą od patrzenia głowa boli.

PS. Pozdrowienia dla wszystkich studentów, nie opierdalajcie się jak ja.
PPS. Oj chyba czas na poszukiwania czegoś inspirującego w necie. Albo na chore filmiki. Ewentualnie jakiś serial. Toć cywilizacje starożytne nie zając.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

BYE SWEET 2012

Hello po kilku miesiącach.
Rok 2012 tak zajebisty był, że aż żal żegnać. Działo się więcej, niż przez całe moje życie. Kilka potężnych zwrotów akcji. Zajebiście było, wszystko jest inne. Życie jest boskie.
Szczęśliwego nowego roku życzę wszystkim, żeby był co najmniej tak dobry jak ten, i żeby było szaleństwo.

PS. I macie obczajcie mojego różowego tumblra, tam przynajmniej jestem częściej niż tu.

poniedziałek, 17 września 2012

YUM YUM: SPINACH PASTA

Zawsze lubiłam szpinak. W przeciwieństwie do innych dzieci. No, ale ja oglądałam bajkę o Popeye'u i patrzyłam, jak mu po tym zielonym mięśnie rosną. 
No i lubię szpinak.
Pomiędzy refleksjami o życiu i snuciem się po domu w tych samych dresach, w których śpię, postanowiłam coś ugotować. Bez mięsa. Podróż wakacyjna uświadomiła mi, że bez niego da się żyć. Wcześniej byłam mięsożercą, teraz testuję wegetariańskie potrawy. I tu, proszę bardzo - makaron z sosem szpinakowym, bardzo prosta rzecz, bo jeśli chodzi o kuchnię, to wszystko robię po najmniejszej linii oporu. No i jest to bardziej plebejska wersja przepisu - dla mojego plebejskiego podniebienia i plebejskich funduszy w sam raz.

OK, czego potrzeba?
+ no makaron. W przepisie podali 30 dag, ale ja sypałam jak natchniona do gara. W przepisie podali, że penne, ale ja użyłam takiego, jaki akurat był w domu;
+ opakowanie mrożonego szpinaku, rozdrobnionego;
+ 20dag słodkiej, 30% śmietany (w mojej mniej kalorycznej i bardziej plebejskiej wersji przerażająco tłustą śmietanę zastąpił jogurt naturalny i było OK);
+ kula mozzarelli (na moje, możnaby dodać i dwie!);
+ oliwa w proporcjach bez szaleństw (no dobra, mam przerwaną kartkę w tym miejscu, poza tym użyłam oleju rzepakowego, bo akurat taki był, a oliwa się skończyła, ale doprawiłam za to paroma kroplami oleju sezamowego, który daje niebywały aromat);
+ ząbek czosnku (ale dajcie go więcej!);
+ sól, pieprz, przyprawy jakie tam sobie chcecie;
+ parmezan do posypania (hmmm... plebs posypuje potrawy goudą czy innym żółtym serem! :D).
1. Zaczynamy robić sos. Oczywiście rozmrażamy szpinak. Dusimy go na łyżce oliwy (oleju). Czosnek przeciskamy przez praskę tudzież siekamy i dodajemy do szpinaku. Doprawiamy (ja wam radzę, sypcie pieprzem bez opamiętania! Ja sypałam, a i tak mogłabym więcej! W tym momencie, gdybyście mieli olej sezamowy, możecie go dodać :D). W międzyczasie gotujemy ten nieszczęsny makaron (z dwiema łyżkami soli i jedną oliwy).
2. Dodajemy śmietanę (jogurt), mieszamy, dusimy. Można jeszcze troszkę dopieprzyć (ja jeszcze użyłam cząber i ukochaną bazylię).
3. Mozzarellę osączamy rzecz jasna i kroimy w plastry. Wkładamy do szpinaku i gmeramy w nim, dopóki się ta mozzarella nie roztopi (uwielbiam ten moment, kiedy zaczyna się ciągnąć! :D).
4. Odcedzamy makaron, po czym mieszamy go z sosem i niech się podusi jeszcze parę minut. Potem posypujemy serem. I wsio!
Kurczę, gdybym prowadziła program kulinarny, stałabym się gwiazdą. Serio, rozumiecie coś z tego bełkotu? :D

poniedziałek, 10 września 2012

I WANT IT ALL I WANT IT BAD

Myślę nad swoim życiem. Cholera. Teraz już naprawdę nie wiem, gdzie będę za rok i co będę robić (OK, wiem - zamieszkam pod mostem). Miałam dokładny plan i bardzo się jarałam. To było jeszcze przed maturą. I w trakcie matur. A potem sobie ten plan runął (ale z wynikami matury to nie miało nic wspólnego :D). I powstał nowy. A potem nowy też runął. I nic mi nie zostało. I wracam do starej wersji, choć to mniej pociągające.
Podejrzewam, że wydarzy się jeszcze coś innego, bo jak widzę, plany, nawet najpoważniejsze, są gówno warte w konfrontacji z rzeczywistością.
Najgorszy jest mój mózg - nie potrafię się pogrążyć w otchłani rozpaczy, jak to Ania Shirley mawiała za młodu, bo mój optymistyczny mózg mówi mi: "NIE SRAJ, BĘDZIE DOBRZE, PRZECIEŻ MUSI!". A ponieważ mój kochany mózg jest nie tylko optymistą, ale i skończonym naiwniakiem, to mu wierzę. Nie umiem inaczej.
PS. Ogoliłam sobie boczek jakiś czas temu - za namową mamy! - i to była jedna z moich najlepszych decyzji, jeśli chodzi o włosy.
PPS. Prawda, że zrobiłam się nudna? Ciągle te zdjęcia roślinek, a fuj.
PPPS. Lubię czapki, jak widzicie, chociaż wyglądam w nich jak gimbus.  Tiszert hendmejdowy, jeśli dostrzegacie. Nie ja go jednak zrobiłam, lecz osoba o wiele bardziej utalentowana. Ta sama, która mi zrobiła T-shirt z moją podobizną.
PPPPS. Jedna z moich ulubionych piosenek ostatnich tygodni. Świat zewnętrzny przestaje istnieć na te ponad 3 minuty. A potem kolejne, i kolejne. Odpał.

czwartek, 6 września 2012

WHAT WHEN WHERE.

OK, czas jakiś mnie nie było. Miesiąc prawie podróżowałam, jak na najdłuższe wakacje w życiu przystało. Wróciłam i życie jest inne - znowu. Już nie takie idealne. Muszę sobie parę rzeczy w głowie poukładać i tak dalej. No ale nieważne, mam prawie cztery tysiące zdjęć i nałogowo wpierdzielam niemieckie orzeszki z wasabi, żałując, że nie kupiłam zapasu. Plan podróży był następujący: trochę Polski, Praga, trochę Polski, Berlin. Plan jakże zajebisty. Wybrałam się z zapakowanym do granic możliwości 70-litrowym plecakiem. I torbą z jedzeniem. I jeszcze chlebaczkiem (zadziwiający jest fakt, że właściwie niewiele zabrałam! Rozwiązania tej zagadki dopatruję się w nieumiejętności upychania. Albo starannego składania ciuchów... no cóż, jestem na to zbyt leniwa).
Lecim od początku.
OLSZTYN: byłam tam na początku sierpnia i niewiele pamiętam, poza tym nie chcę przekręcać nazw muzeów, ale jedną rzecz zapamiętałam: malutkie, kameralne kino z ukrytym wejściem, "Awangarda" bodajże, gdzie obejrzałyśmy "Nietykalnych", fantastycznie ciepły i cudowny film. Zapamiętałam też pogodę w kratkę i niezbyt dobre mohito.
Mój Boże, to ja:

OLSZTYNEK: kolejne miasto na mapie. Spędziłyśmy tam parę godzin (i oddałyśmy "na własną odpowiedzialność" plecaki do punktu informacji turystycznej :D). Ogromny skansen spokojnie mogę każdemu polecić. Nie mogę za to polecić restauracji, która znajduje się nieopodal - 40 minut czekania na obiad to trochę dużo.
 Zdjęcia z podróży ogarniam od tygodnia (bo też tydzień temu wróciłam) i szykujcie się na zalew postów z relacjami... o ile będzie mi się chciało, bo z tym u mnie słabo. Teraz jeszcze trzeba się zabrać za odpowiadanie na komentarze i takie tam, nadrabianie zaległości.

PS. Wróciłam i dowiaduję się, że Ridge odchodzi z "Mody na sukces". ŚWIAT SIĘ NAPRAWDĘ KOŃCZY.

niedziela, 29 lipca 2012

THEY WOULD BE AS IN LOVE WITH YOU AS I AM.

Jedna z moich ulubionych piosenek ever. Mogę jej słuchać godzinami. W ogóle uwielbiam The xx, którzy stają się jednym z moich najulubieńszych zespołów.
Kolejny obrzydliwie optymistyczny post. To znaczy z miłą chęcią napisałabym coś mądrego, ale roztopiłam się w upale. Mogę powiedzieć tylko, że jak tak patrzę na swoje życie, to kurna, nie mam pojęcia, gdzie ono mnie rzuci i co się będzie działo za rok czy dwa, ale jestem tego ciekawa. Teraz może się zdarzyć wszystko! :D Zresztą, dzięki Bogu, przeszłam daleką drogę od rozpuszczonego bachora, któremu ciągle coś nie pasowało, do osoby zajebiście zadowolonej z życia, mimo różnych tam pomniejszych niepowodzeń i przeszkód. Moja wizja o mnie dziewiętnastoletniej znacznie odbiega od tego, co wyobrażałam sobie, mając lat trzynaście. I całe szczęście.
I dzięki za upały - nie daję sobie prawa do narzekań, bo cały lipiec chciałam prawdziwego lata, no i go teraz mam (ale 33 stopnie w moim pokoju to przegięcie).
PS. Stylówa na wieśniaka - zazdrośćcie, ogrodniczki wyłowiłam w lumpie za 2 złote i śmiem twierdzić, że są zajebiste.
PPS. Ale nigdy za to nie twierdziłam, że jestem normalna i że mam wysmakowany gust.

czwartek, 19 lipca 2012

MAKE SOME NOISE!

Post zapchajdziura.
Jestem studentką, oficjalnie! Krajoznawstwo i turystyka historyczna, panie dziejku, madafakas!
Dzielę się z wami psychodeliczną radością. I tu mleko się wylało - jestem odpałem.  Właściwie to jak tak spojrzeć na moje oczy na trzecim zdjęciu, to również psychopatą. No cóż. To moja prawdziwa twarz.
Generalnie życie nie jest złe.
No czasami.
Mój optymizm czasem mnie przeraża - co by nie było, zawsze wierzę, że będzie dobrze i nie ma tego złego. Jestem zajebiście ciekawa przyszłości. Chociaż tu i teraz też jest super.
Po prostu jest fajnie.

PS. Siedzenie w domu w czapce jest dziwne troszkę, ale tak się czuję pro :D No dobra, taki styl po prostu mojemu sercu jest najbliższy.
PPS. Ten deszcz mnie doprowadza do SZAŁU. Trzeba wychodzić z domu uzbrojonym, zawsze. Najbardziej boleśnie przekonałam się siódmego na Open'erze - w tenisówkach i bez płaszcza, szkoda gadać, buty wyrzuciłam po drodze.
PPPS. Radość nie wynika z faktu, że dostałam się na studia - to po prostu taka joie de vivre.
PPPPS. Chyba najwyższy czas przyłożyć się do podusi i skończyć pieprzenie głupot.
PPPPPS. Właśnie widzicie mnie w piżamie.